La poesie - Ca se traduit!

Dzisiaj po południu wybrałam się do Torunia na wieczór autorski Tomasza Różyckiego. Po spotkaniu miało się odbyć rozstrzygnięcie konkursu tłumaczeniowego, w którym brałam udział. Miałam niejasne przeczucie, które za wszelką cenę starałam się tłumić, ale powracało niczym idee fixe: "Chyba wygrałam ten konkurs". Oprócz tego była jeszcze jedna myśl, jakby dodająca poprzedniej gorzki wyraz "... ponieważ zapewne nikt inny nie wziął w nim udziału". O ile pierwsze przeczucie się sprawdziło, drugie było zupełnie chybione. Wg relacji współorganizatorów, pokonałam z kretesem studentów 4 i 5 roku filologii romańskiej! Byłam niezwykle zaskoczona tym faktem, ale także bardzo dumna z siebie, czego nie ukrywam (:D). Kiedy podchodziłam po odbiór nagrody, Tomasz Różycki kiwał z uznaniem głową. Moje tłumaczenia jego wierszy zostały głośno odczytane. Pan Różycki czytał oryginały, a jeden ze studentów romanistyki moje przekłady. Jak się później okazało, znalazło się w nich parę błędów, ale studenci podobno także robili błędy i dano mi do zrozumienia, że to nic nie zmienia. Oprócz dwójki studentów, którzy animowali wieczorek poetycki, dobrze wykonanego przekładu pogratulowała mi również jakaś pani profesor, której tożsamości niestety nie potrafię zidentyfikować. Kiedy już większość osób się rozeszła, zapytałam poetę nieśmiało, czy nie zechciałby ocenić kilku moich wierszy. Zapisał mi swój e-mail na jakimś bilecie z Wiednia. Na koniec zrobiono mi, jemu, animatorom i wszystkim, którzy jeszcze byli w pobliżu pamiątkowe zdjęcie, które ma się znaleźć na stronie uniwersytetu UMK, gdy tylko zostanie ona "postawiona na nogi". Odchodząc, powiedziałam "do widzenia", a Tomasz Różycki ukłonił mi się i powiedział, jeśli jeszcze dobrze pamiętam, że miło mu było mnie poznać, a ja odrzekłam, że mi jego również. A może to tylko ja powiedziałam do niego, że było mi miło go poznać?

A może to wszystko mi się śniło?
Podczas spotkania czytał swoje wiersze, a ja nie mogłam się na nich skupić. Na szczęście będę mogła tę nieuwagę jakoś nadrobić, gdyż dostałam jego najnowszy tomik "Księga obrotów" z autografem, a oprócz tego pendrive, koszulkę i smycz z logo UMK + ładną pocztówkę jako zakładkę. No i oczywiście dyplom.

Spotkałam poetę, który z powodzeniem wydaje swoje wiersze.
Rozmawiałam z nim.
Dostałam jego adres e-mail.

To było wspaniałe popołudnie i muszę przyznać, że gdy wychodziłam z Collegium Maius, podskakiwałam i śpiewałam coś pod nosem.

PS. To co najbardziej zapamiętałam z zabawnego "wywiadu" z Różyckim podczas wieczorku, to jego własny komentarz o sobie "Jestem opóźniony towarzysko". Mówił, że zazdrości innym błyskotliwości, bo sam odpowiedziałby doskonale na zadawane mu wtedy pytania, ale... po 15 minutach. Albo gdyby już się wszyscy rozeszli. Wielokrotnie wracał do tego, że lubi wino, a kiedy go zapytali, co mu sprawia największą przyjemność, zamyślił się i odpowiedział po niedługiej chwili, że nie może tego raczej powiedzieć na forum i próbuje wymyślić coś cenzuralnego, ale nie daje rady. Zapytany, czym jest dla niego dom, odpowiedział, że to jakieś miejsce, na pewno bardziej miejsce niż ludzie, ale nie zdefiniowane dokładnie, może i nieistniejące. A kraj, w który chciałby mieszkać? Jakiś śródziemnomorski, ale może i w takim by długo nie wytrzymał, więc najlepiej, gdyby był to kraj ruchomy, albo wielki. Jak Związek Radziecki. (Wywołało to powszechne rozbawienie). Czym jest dla niego poezja? Nałogiem. A gdyby miał jutro umrzeć, zadzwoniłby do swoich krytyków i powiedział, że im przebacza, zrobiłby wielką imprezę, zaprosił wszystkich kumpli i byłoby wino. Ale tak na serio, zrobiłby coś patetycznego, zadzwonił do wszystkich znajomych i spisał testament.

A wymarzony widok z okna - oczywiście na winnicę!

0 komentarze:

Literaci wszelacy